16 sty 2017

crossroads of fate (Wątek grupowy: Kaegan, Arwen, Denys)

Co działo się do tej pory?
Kaegan Norrey, wasal wilczego rodu z Północy, niedawno otrzymał ważne polecenie od swego suwerena. Oszczędny w słowach Rickard Stark, który nie zwykł spowiadać się z każdego kroku przed byle sługą, powierzył mu ważny list o treści poufnej i dla Jona Arryna przeznaczonej. Wyruszył tedy, aby przekazać list w powołane a odpowiednie ręce...a po drodze natknął się na kłopotliwą niespodziankę, zwaną też górskim klanem Spalonych. W czasie walki został ranny i zmuszony był zatrzymać się pod gościnnym dachem pani Arwen Waynwood, siostrzenicy sławnego lorda z Orlego Gniazda. Ponieważ zaniepokoił ją fakt, że ser Kaegan został właśnie teraz posłany do jej wuja (i że młody rycerz wspomniał o turnieju w Harrenhal mogącym mieć związek z listem), postanowiła złożyć Jonowi wizytę (przy okazji pełniąc rolę przewodniczki dla Norreya). Rycerz i dama, którą eskortował, spędzili dwa miłe dni na dworze Arryna, jednak ich ścieżki jeszcze się nie rozłączyły - oboje zmierzają bowiem do Krwawej Bramy, gdzie mają coś do załatwienia; Arwen chciałaby wyjaśnić parę spraw, a Kaegan ma wyznaczone spotkanie z pewnym człowiekiem. Niespodziewane spotkanie, do którego dojdzie, zmusi rycerza z Wolfswood do powrotu do przeszłości, ale i sprawi przyjemność pięknej pani z Ironoaks... 

(Kolejność odpisywania: Kaegan - Arwen - Denys, zacznę, jak tylko dostanę od Was odpowiedź na e-maila!)

17 komentarzy:

  1. Kaegan Norrey25 marca 2017 17:08

    Podróż trwała dość długo, ale była niezbędna - podczas pobytu u Jona Arryna, gdzie Kaegan leczył swoją nieszczęsną nogę, zranioną podstępną strzałą Spalonych (niech ich Inni porwą!), do jego osoby dotarł giermek służący u pewnego rycerza. Przekazał on mu pewną ważną wiadomość, która głosiła, że jeżeli nie wyruszy natychmiast w drogę powrotną na Północ, jego siostrze zagrozi niebezpieczeństwo. Jakie to miało być niebezpieczeństwo, list nie precyzował, Kaegan jednak nie miał zwyczaju zamykać oczu na to, co wiązało się ze sprawami jego rodziny, a szczególnie z losem jego siostry. Najmłodsza, niewidoma, a do tego panna na wydaniu - jak tu nie dbać o Nathaleyę? Tym bardziej, że na rodzinę z Rainsdrop czy męską linię Norreyów nie zawsze można było liczyć. Targany niepokojem rycerz z Wolfswood zdecydował się więc na powrót, a że było mu po drodze, zaoferował się lady Arwen, że przez część drogi będzie ją eskortował. Nie była to zbędna ostrożność, zważywszy, że w tych czasach niewiele było dróg, które uznawało się za absolutnie pewne. Wprawdzie siostrzenicy Jona Arryna towarzyszyło sześciu jej własnych zbrojnych, ale każdy dodatkowy miecz był dobrze widziany, prawda? Zresztą tak, czy owak, część drogi musieliby jechać razem, bo i nie było innego traktu łączącego Wolfswood z Orlim Gniazdem.
    Tak więc oto Kaegan jechał na swoim srokaczu przy boku pięknej pani Waynwood, za nimi trzymali się zaś w pewnym oddaleniu Petyr, giermek, i zbrojni. Silver biegł obok konia Kaegana, zadowolony z siebie, od czasu do czasu poszczekując z cicha lub mrużąc ślepia od światła.
    -Mamy dziś piękną pogodę, pani. Jeżeli Starzy pozwolą, niedługo zatrzymamy się gdzieś na nocleg, a rano ruszymy w dalszą drogę.-zwrócił się z należnym szacunkiem do swej towarzyszki. Zbrojni, którzy już zdążyli w czasie podróży zaprzyjaźnić się z wesołym giermkiem, śpiewali teraz pieśń, której fragmenty - jak podejrzewał Kaegan - opuszczono ze względu na bardzo nieprzyzwoite wyrażenia. Uśmiechnął się lekko na samą myśl. Gdyby byli sami, tylko w męskim towarzystwie, zapewne przypomniałby sobie jedną z tych ballad, w których w oszczędnej, ale eleganckiej treści ukryto aluzje do historii miłosnych sławnych kobiet z Północy - zimnych, niezdobytych niczym górskie twierdze, ale w ramionach odpowiednich mężczyzn pięknych i oferujących wiele cennych rzeczy: majątek, piękno, rozsądek, a nierzadko i koneksje. Arwen wydawała się być inna: delikatna, eteryczna, nieco tajemnicza, a jednocześnie godna miłości. Nie zamierzał jednak czynić niczego, czego nie dałoby się podciągnąć pod kategorię oddawania hołdu damie ze szlachetnej rodziny; Arrynowie nie byli wszak rodem, który chciałby do siebie zrażać. Nie było sensu przyciągać wzroku wielkich zachowaniem, które naruszałoby powszechnie akceptowane normy.
    Popędził konia, zmuszając go do przyspieszenia kroku. Kiedy wyjeżdżali, strażnicy przy bramie mówili coś o jakimś klanie górskim, który lubił atakować nocą nieostrożnych podróżnych i ich rabować...a niebo właśnie pokrywało się szkarłatem zachodu. Jeśli coś miało się stać, Kaegan wolał zachować ostrożność.
    -Pospiesz się!-rzucił nieco głośniej, niż powinien, w stronę swego giermka. Ten, jakby uderzony między oczy, natychmiast popędził konia ostrogą w bok.

    Kaegan

    OdpowiedzUsuń
  2. Arwen nie dopytywała się o szczegóły, dla których Kaegan postanowił szybciej wrócić do domu – wiedziała jedynie tyle, że miało to związek z treścią wiadomości, którą otrzymał w Orlim Gnieździe, a którą nadano z dalekiej Pół nocy. Ponoć chodziło o jakieś sprawy rodzinne. W każdym razie, szlachetny rycerz z górskich klanów wypełnił swoją powinność i nic nie stało na przeszkodzie, aby udał się w drogę powrotną. Podobnie jak i Arwen, która lada dzień oczekiwała powrotu swojego męża. Należało przygotować Księżycowe Bramy na powitanie ich prawowitego kasztelana, więc jak tylko powrócili z Orlego Gniazda do jej zamku, od razu zabrała się do pracy… niemniej jednak, ostatniego wieczora pobytu ser Norreya w jej zacnym domu, i ona otrzymała pilne zawiadomienie. Sokół dostarczył krótką notkę od dowódcy Krwawej Bramy, która zawierała prośbę o jak najszybsze stawienie się głównego zarządcy, czyli kasztelana. Ponoć chodziło o jakieś ważne sprawy dotyczące obronności. List od dowódcy nie zawierał wielu konkretów, jednak Arwen poniekąd zrozumiała, że on i jego ludzie pochwycili kogoś, kogo podejrzewali o szpiegostwo. Na więcej informacji mogła liczyć jedynie na miejscu. Nie miała więc większego wyboru. Musiała wyruszyć jak najszybciej i sama zająć się tą sprawą. Czekanie na powrót Denysa mogło się przedłużyć, a dowódca Krwawych Bram potrzebował bezpośrednich wytycznych. Zresztą, Arwen nie mogła zignorować tak ważnej prośby. Oznajmiła ser Kaeganowi, że ona i jej ludzie dotrzymają mu towarzystwa, choć tak naprawdę nie musiał się obawiać o swoje bezpieczeństwo. Między Krwawymi Bramami a jej domem wiodła dość bezpieczna trasa. W tych rejonach nie występowały żadne górskie klany – a przynajmniej od wielu, wielu lat nie słyszano o takich przypadkach. Dlatego Arwen nie czuła potrzeby, aby zabierać ze sobą więcej niż sześciu zbrojnych, co i tak uważała za sporą ekstrawagancję. Zazwyczaj wystarczył jej Gerold, jej osobisty towarzysz… Niemniej jednak nie miała już czasu zmieniać wytycznych swojego dowódcy straży. Następnego dnia wsiadła na swoją nieodstąpioną klacz (ciesząc się w duchu, że tym razem czeka ją mała odmiana od powolnych mułów) i ruszyła w drogę. Poranek był dość mroźny, jednak im wyżej wschodziło słońce, tym cieplej się robiło. Arwen z przyjemnością wystawiała twarz ku rozgrzewającym promieniom, ciesząc się ostatnimi chwilami względnego spokoju. Noga ser Kaegana zdążyła się już zagoić i nie musiała się przejmować jego stanem zdrowia, ani tym czy podoła wysiedzieć w siodle przez cały długi dzień – bo właśnie tyle zajmowała droga od Księżycowych do Krwawych Bram. Zrobili dwa krótkie przystanki, podczas których napoili konie i sami coś zjedli, jednak zarówno jej jak i jej towarzyszowi zależało na jak najszybszym dotarciu do celu. Za niespełna godzinę, może półtorej, ujrzą skromne choć wysokie bliźniacze wieże Krwawych Bram, gdzie ser Kaegan pewnie przenocuje, a następnego dnia uda się w dalszą podróż. Wydawał się zadowolony z perspektywy szybszego powrotu do domu, i trudno go było za to winić. Arwen również pragnęła znaleźć się z powrotem w Księżycowych Bramach. Miała tam wiele do zrobienia.
    — Owszem, aura nam dzisiaj sprzyja. Podobnie jak warunki podróży, ser — Przyznała, skłaniając lekko głowę. Kaptur, którym okryła ciemne włosy zafalował łagodnie na wietrze — Przyznaję, że upodobałam sobie odcinek pomiędzy moim domem a Krwawymi Bramami. To wyjątkowo malownicza trasa… i bezpieczna — uśmiechnęła się nieznacznie, posyłając mu spokojne spojrzenie — Jeśli utrzymamy obecne tempo, to powinniśmy dotrzeć do celu jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Mam nadzieję, że reszta twej podróży na Północ przebiegnie równie gładko, jak ta dzisiejsza… — bo za Krwawymi Bramami czyhało znacznie więcej niebezpieczeństw. W każdym razie tak jej się wydawało. Nie mogła podejrzewać, że już niedługo wydarzy się coś, co zupełnie odmieni jej punkt widzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Pozwoliłam sobie poprawić tylko ten fragment o długości ich podróży, bo zgodnie z kanonem z Księżycowych Bram do Krwawych Bram podróżuje się cały jeden dzień, więc nie musieli nigdzie zatrzymywać się na nocleg :) ]

      Arwen Waynwood

      Usuń
  3. Nie mógł się spodziewać, że właśnie tak się to wszystko potoczy. Był w drodze – znów - ale na szczęście już powrotnej do domu. I jak zwykle na ostatnich odcinkach nie szczędził koni ani swoich towarzyszy, zmuszając do tego finalnego wysiłku… Przynajmniej ci drudzy zdawali się nie mieć do niego pretensji, z równie ogromną chęcią myśląc o ujrzeniu znajomych murów wielkiego zamczyska. Najpierw jednak witała ich Krwawa Brama, strzegąca Doliny i jej lordów przed nieprzyjacielskimi atakami. I choć Denys niezliczoną ilość razy ją przekraczał, a rycerze znali go doskonale, i tak z ust dowódcy usłyszał tradycyjnie zadawane pytanie. Na ten dźwięk z trudem zachował powagę i nie zaśmiał się radośnie, ale całe szczęście, że się powstrzymał, bowiem ledwo otwarto wrota dla niego i towarzyszących mu zbrojnych, zobaczyli przed sobą poważne miny odbywających tu wartę rycerzy. Ledwo nazwano go oficjalnie Kasztelanem, wiedział że coś się stało i bez wątpienia nie było to nic przyjemnego. Przeklął wówczas w myślach, żałując że jego plan by poświęcić kilka kwadransów na krótką rozmowę i ruszyć w dalszą drogę, tak by jeszcze przed zachodem słońca ujrzeć Księżycowe Bramy, właśnie legł w gruzach. Od razu wprowadzono go w całą sprawę, zapominając tylko wspomnieć o pewnym drobnym szczególe, który miał wypłynąć dopiero trochę później… Wszelkie kwestie szpiegostwa traktowano tu z ogromną ostrożnością, obawiając się że jakiekolwiek gwałtowne ruchy mogą zaalarmować Królewską Przystań. A przecież wszyscy woleli, by wzrok szalonego króla nie skierował się w kierunku Doliny. Dodatkowo należało zachować uwagę i nie pozwolić by ktokolwiek przeniknął w ich szeregi, a to już prowadziło do paru dylematów, jak postępować wobec pojawiających się podejrzeń. Tym razem zapadła decyzja by ujawnić swoje obawy i pozostawić decyzję jemu. Długo zajęło nim został wprowadzony w całą tą wiedzę, którą posiadali i mógł porozmawiać z dowódcą Krwawej Bramy, w dialogu przedyskutowując zaistniałą sytuację. Że panowie byli nieco odmiennego temperamentu i zdecydowanie nie tej samej daty, trochę czasu im zeszło. I właściwie na sam koniec, gdy ustalili już najlepsze rozwiązanie, na które żaden z nich nie kręcił nosem (a przynajmniej nie tak bardzo jak przy innych), niby to mimochodem padło, że nie spodziewali się jego wizyty już teraz i wysłali wiadomość do lady Arwen. Wieści zostały przekazane już poprzedniego wieczora, więc na pewno zdążyły dotrzeć, a znając swoją żonę i jej sumienność, Denys podejrzewał, że właśnie teraz była już w drodze i jakiekolwiek odwoływania wcześniejszych słów na nic by się zdały, bo jej już nie było w Księżycowych Bramach. Podróż miała zająć niemal cały dzień, a było już dość późno… Niewiele jednak myśląc, zebrał swoich towarzyszy (którzy już zdążyli się rozsiąść przy stole i uraczyć mięsiwem oraz wziąć parę łyków rozgrzewających trunków) i zarządził wyjechanie naprzeciw grupie jadącej z zamku. Cała sytuacja była już wyjaśniona, więc być może uda im się dotrzeć do nich na tyle szybko, by zdążyć jeszcze zawrócić i w okolicach zmroku znów być w domu. Na wszelki wypadek jednak pomówił z dowódcą, prosząc by tego wieczora był przygotowany na ewentualną wizytę, tym razem trochę liczniejszego grona. Nie zwlekając ani chwili – bo przecież wszyscy poza nim mieli ładnych parę godzin odpoczynku, słusznie spożytkowanego na sen i posilenie się – wyruszyli w dalszą drogę, nie spodziewając się ani żadnych nieprzyjemnych niespodzianek, ani nawet ujrzenia nieznajomych twarzy obcych z Północy.

    [ Wybaczcie opóźnienie! :) ]

    Denys

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkarłat nieba przemienił się w granat, a z granatu w ciemną czerń. Nad głowami podróżników pojawiły się pierwsze gwiazdy. Konie co jakiś czas rżały cicho lub parskały, a monotonną ciszę mąciły tylko tupot podkutych kopyt i -od czasu do czasu - ponura, wilcza pieśń sławiąca uroki Północy, wykonywana przez zbrojnych. Od czasu do czasu słychać było też ser Norreya, opowiadającego wolno, ale z pasją swej towarzyszce północne legendy i historie, które chciała usłyszeć. W ten sposób czas podróży znacznie się skracał i Kaegan mógł mieć nadzieję, że niedługo ujrzy Krwawe Bramy.
    Ciekawe, czy posłaniec od owego rycerza, który go ostrzegł, mówił prawdę? Zgodnie z jego słowami ten, który go posłał i...ktoś jeszcze mieli czekać w Krwawych Bramach i przekazać mu wszelkie informacje, które miałyby mu dopomóc w ochronieniu swej nory i najmłodszej siostry m. Jeśli zaś miało to być kłamstwo, uknute w jakimś przemyślnym celu i gdzieś tam, w ciemnościach, czyhała na nich zasadzka...
    Jego rozmyślania przerwali jednak wojownicy wyłaniający się z ciemności. Po broni, którą trzymali w dłoniach, łatwo było rozpoznać w nich członków górskiego klanu - gdy przybliżyli się bardziej, Kaegan zauważył, że są to przedstawiciele klanu Kamiennych Wron.
    Zbrojni towarzyszący Arwen i rycerzowi natychmiast połączyli się z jadącą na przedzie parą, chcąc chronić najstarszą córkę Elysa Waynwooda przed losem, jaki spotkał jej siostrę Elinor. Przeciwników było znacznie więcej: bystre oko Norreya dostrzegło ich około dwudziestu pięciu, eskorta Arwen liczyła zaś tylko sześciu ludzi (samemu Kaeganowi towarzyszyło zaś tylko czterech, licząc z Petyrem). Wydobył miecz, gotów do walki; Kamienne Wrony zbliżały się do nich coraz bardziej i nie wyglądali na gołąbki niosące w dzióbkach gałązki pokoju.
    -Przede wszystkim osłaniać lady Arwen!-krzyknął ostro. -Zabijać ich tak, by czuli, że umierają!
    -Tak jest, panie! - odkrzyknęli zbrojni, tworząc pierścień ochronny wokół osoby pani kasztelanowej. Sam rycerz wyruszył naprzód, gotów zmierzyć się z przeciwnikami i nie dopuścić do tego, by jego towarzyszka podróży padła ofiarą tych nędznych padalców. Ładnie by wyszedł, pozwalając porwać panią na Księżycowych Bramach!
    Walka się rozpoczęła. Panująca niepodzielnie noc nie ustępowała, co więcej, chmury zasłoniły niebo i nie było widać zbyt dokładnie przebiegu napaści. Jedno było pewne: Kamienne Wrony miały bardzo wyraźną chęć bitki i okazywały ją aż zbyt gorliwie. Pierścień, jak na razie, spełniał swoje zadanie, acz należy uczciwie wspomnieć, iż na oczach lady Arryn zginął Petyr, rycerski giermek, dzielny i uroczy chłopak, który najgłośniej śpiewał pieśni sławiące mroczne Wolfswood. Chłopiec ten, starając się walczyć wraz z innymi, padł ofiarą strzały, która przebiła mu gardło; upadł wprost pod końskie kopyta, a w jego nagle ściągniętej, skrzepłej twarzy malowało się jakby ogromne zdumienie. Zginął też jeden ze zbrojnych, od początku towarzyszący Arwen w jej podróży, którego imienia Kaegan nie znał; w każdym razie jego wojaż skończył się na na okrzyku "bogowie!" i odrąbanej piętnaście minut później prymitywnym toporem głowie. Mieli zdecydowanie zbyt mało ludzi, by wytrzymać, i Kaegan myślał ze zgrozą o tym, co będzie, jeśli im się nie uda. Mimo wszystko nie poddawał się i z zimną precyzją rozcinał ludzi na pół lub mordował ich w inny, mało rycerski sposób, bo i po co bawić się w ceregiele z klanem kanibali i zacofanych bydlaków? U jego boku biegł Silver, którego futro i kły już zabarwiły się szkarłatem pysznej, ludzkiej posoki. Przysiągłby, że stary druh był w swoim żywiole, mogąc atakować ludzi i bez wytchnienia walczyć u boku swego towarzysza...

    Kaegan

    OdpowiedzUsuń
  5. Towarzystwo ser Kaegana było jej miłe, i z pewnością nie narzekała na nudę słuchając jego opowieści o Północy. Lubiła dowiadywać się nowych rzeczy, a szczególnie takich, których nie mogła wyczytać z żadnej mądrej księgi. Wbrew pozorom, Dolinę i Północ łączyło wiele wspólnych rzeczy – surowe warunki klimatyczne, ich zmienność, lud przyzwyczajony do ciężkiej pracy, zamiłowanie do spokoju i ciszy, oddanie naturze oraz wierność bogom, choć pod tym względem ich religie znacząco się różniły. W każdym razie, Arwen ceniła sobie mieszkańców Północy. Uważała ich za rozsądnych i pragmatycznych ludzi, podobnych do niej samej. Być może dlatego potrafiła znaleźć wspólny język z ser Kaeganem, choć poznali się dopiero niedawno, a ich wspólny czas niedługo dobiegnie już końca. Każde z nich miało swoje własne życie i obowiązki, w dwóch różnych krańcach Siedmiu Królestw. Arwen zaprzątały myśli o problemach jakie czekały na nią do rozwiązania w Krwawych Bramach. Była przekonana, że gdy w końcu tam dotrze, będzie musiała zmierzyć się z nie lada zagwozdką… a tymczasem los postanowił zupełnie inaczej. Nie dość, że nie spodziewała się jeszcze powrotu swojego męża, który sam osobiście wyjaśnił już wszystkie wątpliwości, to jeszcze okazało się, że droga z Księżycowych do Krwawych Bram wcale nie była taka bezpieczna, za jaką ją uważano. Z początku wydawało jej się, że miała jakieś przewidzenia – ostatecznie zrobiło się już ciemno, a wieczorne niebo nie sprzyjało uporczywemu wpatrywaniu się w najmroczniejsze cienie. Niemniej jednak, po chwili okazało się, że to co widziała, było jak najbardziej realne. Rosłe, ciemne sylwetki pojawiły się znikąd i równie szybko otoczyły ich i dopadły, sięgając po ostre narzędzia oraz ręcznie wykonane łuki. Jedna z krzywo wyciosanych strzał roztrzaskała się tuż pod kopytami jej klaczy. Zanim ta stanęła dęba, zmuszając ją do rozpaczliwej walki o utrzymanie równowagi w siodle, zdążyła zauważyć, że wykonanie śmiertelnego pocisku dość jasno wskazywało na kunszt rzemieślniczy ludzi z górskich klanów. Gdy w końcu to do niej dotarło, poczuła dławiącą suchość w ustach. To niemożliwe..., przemknęło jej przez głowę, gdy rozglądając się dookoła wszędzie widziała gniewne, poorane bliznami twarze górskich wyrzutków. Zrobiło jej się gorąco. Co oni tu robili? Przecież ta trasa była bezpieczna…! Podróżowała nią tak wiele razy i nigdy nie spotkały ją na niej żadne nieprzyjemności… Nawet jej siostra, słodka Elinor, nie odniosła tu żadnych obrażeń. Dopiero po wyjechaniu za Krwawe Bramy robiło się groźnie… ale tu? Zagryzła mocno wargi, zaciskając skostniałe z zimna palce na skórzanych lejcach. Zdążyła ujarzmić konia, ciągnąc go mocno w prawo… akurat po to, aby ujrzeć jak jeden z obdartych wyrostków rzuca się w jej stronę. Nim jednak zdążył dopaść jej klaczy i ściągnąć ją z jej grzbietu, drogę zastąpił mu Gerold, odcinając mu ramię zaledwie jednym, precyzyjnym ciosem miecza. Jej klacz zakwiczała przeraźliwie, gdy tuż obok chlusnęła gorąca krew. Arwen znów musiała chwilę walczyć, aby się na niej utrzymać, jednak ostatecznie udało jej się ją uspokoić. Zewsząd otoczyli ją jej właśni zbrojni, z Geroldem na czele. Wiedział, co robić… choć nawet ona była boleśnie świadoma, że w sytuacji w jakiej się znaleźli, nie mieli wielkiego pola no manewru. Ich samych było około dziesięciu… a członków górskiego klanu liczyła co najmniej podwójnie. I nieustannie ich przybywało… Padali od ich ciosów, jednak sami zadawali im dotkliwe straty. Zerknęła do tyłu, spojrzała w bok, ale byli tu uwięzieni. Doskonałe miejsce na zasadzkę… czy właśnie tak wyglądały ostatnie chwile Elinor…?. Nie chciała o tym myśleć, jednak okoliczności w jakiej się znaleźli nie pozwoliły jej uniknąć oczywistych skojarzeń. Szkoda, że musiała minąć jeszcze okropnie długa chwila bezradności, nim przekona się, że z przeciwnej strony nadciągała już upragniona pomoc…

    Arwen Waynwood

    OdpowiedzUsuń
  6. Jechali już kolejną godzinę, pokonując dobrze znaną trasę, na której raczej nie spodziewali się żadnych atrakcji poza trudnym terenem, niezbyt wygodnym do podróżowania. Na szczęście wierzchowce rycerzy z Doliny przyzwyczajone były do wyboistych traktów i tam gdzie konie przybyszów z innych krain cierpiały, niepewnie stawiając kolejne kroki, oni mogli sprawnie i szybko posuwać się do przodu. Dzięki temu byli już coraz bliżej Księżycowych Bram, co z łatwością rozpoznawał, znając każdy zakręt prowadzącej do jego domu drogi, jednocześnie niepokojąc się, że tak długo nie nadjeżdża z naprzeciwka orszak towarzyszący jego żonie. Raczej niepodobna by pomylił się spodziewając się jej wyjazdu do Krwawej Bramy. Po dwóch latach małżeństwa nie miał wątpliwości, że Arwen pod jego nieobecność niezwłocznie chciałaby załatwić kwestię, zwłaszcza że nadesłany list podobno opisywał sprawę jako wymagającą podjęcia natychmiastowych kroków. Być może jednak przemawiało przez niego zmęczenie i to dlatego pojawiały się kolejne, niezbyt dobre przeczucia. To musiała być wina tego, prawda…? Jakże chciałby by tak właśnie było. Droga mijała jednak ogólnie w dość dobrej atmosferze – grupa zbrojnych, która mu towarzyszyła, wyruszała u jego boku w niemal tym samym gronie już od dawna, przez co zdążyli się dobrze poznać. Co chwila któryś żartował, a pozostali wybuchali gromkim śmiechem i podejmowali temat, w przeciwieństwie do ich dowódcy, zachowując spokój. Zbliżała się noc, a jednak nikt nie odważył się w ogóle zasugerować zatrzymania się i spędzenia następnych godzin pod chmurką, dobrze wiedząc, że od razu odrzuciłby propozycję, bez wahania decydując na dalszą wędrówkę. Choć chyba wszyscy woleliby już być w Księżycowych Bramach, bo wraz z upływem czasu, kiedy nadal na horyzoncie nie pojawiała się sylwetka pani i jej orszaku, rzadziej pojawiały się śmiechy – pomiędzy kilkunastu zbrojnych wkradła się posępna nuta niepokoju, a sylwetka każdego z nich sugerowała wymowne napięcie mięśni…
    Najpierw usłyszeli krzyki wymieszane z dźwiękiem uderzającej o siebie stali i panicznym rżeniem koni. Ułamek sekundy wystarczył by podpowiedzieć im, że za zakrętem doszło do jakiejś potyczki, ale… Kto mógł się tu bić? Krwawa Brama broniła dostępu do tego traktu, więc nie mogli być to zbrojni, a żadne klany nigdy nie przedostały się aż tak daleko… Nie było jednak czasu zastanawiać się nad śmiałością górali, bo już uderzał piętami w boki konia, ponaglając go by prędzej pognał przed siebie. Jeszcze nim wyjechali zza zakrętu, wszyscy mieli w dłoniach broń, gotowi włączyć się do walki. I tylko wciąż nie wiedzieli czy to, co podejrzewali miało okazać się prawdą, najgorszą z możliwych. Było już cholernie ciemno, ale przez cały ten czas ich oczy zdążyły przywyknąć do mroku, dzięki czemu z daleka dostrzegali ścierające się ze sobą sylwetki, oddalone od nich o kilkaset metrów. Przyśpieszyli, a Denys w tłumie szukał tylko jednej sylwetki… Nadal było jednak zbyt daleko, przez co wszystko zlewało się w jedną masę. Przeklinając w myślach, miał tylko nadzieję, że jeżeli Arwen tam była, to nic się jej nie stało i jej ludzie zdążyli ją obronić. Gerold zawsze jej towarzyszył i nie dopuściłby by cokolwiek… Jego rozbiegane myśli przerwało wycie wilka, a zaraz potem warkot, dobiegający z miejsca w którym ścierały się grupy walczących. Mimo zdziwienia, nie zwolnił nawet na chwilę, będąc już coraz bliżej, przez co nawet zaaferowani walką, zdążyli dostrzec pojawienie się niewielkiego oddziału kilkunastu zbrojnych. I wreszcie również on zobaczył to, czego bardzo nie chciał ujrzeć… A przynajmniej nie do końca. Ciasno zwarty szereg konnych zasłaniał mu widok, ale dobrze wiedział, że w ten sposób rycerze bronili swojej pani, odcinając od niej atakujących. Jego żona tam była… Nie myśląc już ani chwili, uderzyli na górali, włączając się do walki.

    Denys

    OdpowiedzUsuń
  7. Kaegan od zawsze uważał się za zatwardziałego ateistę. Nie wierzył w istnienie żadnych bogów i nieraz kłócił się o to z głęboko wierzącym w Starych Bogów ojcem, który gotów był akceptować wszystkie wybryki swoich trzech synów, ale z wilczym, zimnym uporem obstawał przy dawnej wierze. Nadejście pomocy, której się całkowicie nie spodziewał, spadłe jak z nieba, musiało w nim jednak zrodzić wątpliwości. Gdyby był z nim tutaj Brandeth, jego ojciec, zapewne uśmiechnąłby się drwiąco, ocierając wrażą krew z dobrze wyostrzonego miecza, i rzuciłby coś ironicznego na temat poglądów swej najstarszej latorośli, a następnie odmówiłby dziękczynne modły pod boskim adresem. W tej chwili nie było jednak czasu na filozofowanie; napastników przybywało, a ilość zbrojnych zdecydowanie się przerzedziła.
    Minęła godzina, może dwie. Wrzaski rannych, chrapanie konających, kwik spanikowanych koni, lamenty deptanych przez wierzchowce mężczyzn stworzyły swoistą atmosferę zagrożenia. Jeśli dodamy do tego zakrwawione, rozjaśnione okrutnymi uśmiechami twarze starych wojowników, przeraźliwy skowyt Silvera rozrywającego z zapałem gardła i walczącego u jego boku Kaegana z lśniącym mieczem, zyskamy dokładny obraz bitwy. Niestety, atak na osobę Arwen został ponowiony, tym razem przez jakiegoś dzieciaka wyglądającego na syna wodza. Kaegan dostrzegł to, nie mógł jednak osobiście śpieszyć z pomocą Arwen, gdyż jego i Gerolda właśnie zablokowały cztery wrzeszczące wniebogłosy i żądne krwi Wrony. Na całe szczęście Silver zainterweniował i ze stoickim spokojem nie przystającym do jego wilczej natury przegryzł gardło napastnika, lubując się w smaku pysznej, ciepłej jeszcze krwi tętniczej. Walka trwała jeszcze dość długo, lecz dzięki wsparciu nieznajomych zbrojnych towarzysze ser Norreya i ludzie Gerolda jakoś sobie poradzili z napaścią. Kaegan nie widział w tym jednak specjalnego cudu; przypuszczał po prostu, że ktoś z rodziny kasztelanowej, domyśliwszy się po słyszalnych zapewne aż za Wąskim Morzem wrzaskach i odgłosach walki sytuacji, w jakiej się znajdowała, pchnął zbrojnych na pomoc. Mógł to być również jakiś przejezdny rycerz, który zauważył damę i postanowił się wsławić...W każdym razie po upływie pewnego czasu walka została zakończona. Norrey jednak nie pozwolił rozbić pierścienia chroniącego Arwen i wraz ze swymi ludźmi zbliżył się do kobiety, pozostawiając Silverowi przyjemność dobijania rannych swymi kłami. Spojrzał na nią niespokojnie i odetchnął z ulgą; na całe szczęście nie wyglądała na ranną, raczej tylko na wystraszoną. Towarzysze młodego rycerza czyścili miecze, rozglądając się za ewentualną kolejną falą napastników. Wszystkich nurtowało pytanie: skąd, u diabła, tu się wzięły Kamienne Wrony? Czyżby ktoś ich poinformował, że Arwen będzie tędy przejeżdżać, i zapłacił im za napad? Nie, Kaegan był raczej skłonny przypuszczać, że chodziło o zwykły napad rabunkowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. -Cieszę się, pani, że nic ci nie jest-odetchnął z ulgą i starł niedbale krew z policzka. Rozejrzał się uważnie, dzięki czemu dostrzegł wysokiego rycerza zmierzającego w ich stronę. Po barwach noszonych przez towarzyszących mu zbrojnych, którzy również otoczyli ich zwartym kołem, domyślił się, że musi to być ktoś z rodu Arryn. Zeskoczył z konia i skłonił się nowo przybyłemu - z gracją, ale i z nutką dumy, takiej, jaka przystała szlachetnie urodzonemu rycerzowi świadomemu swej wartości.
      -Dzięki wam, panie, za ratunek-rzekł z szczerą wdzięcznością w głosie. -Osłaniałem lady Arryn powracającą do rodzinnych włości, ale gdyby nie wy, nie dalibyśmy sobie rady. Pani jest cała i zdrowa, jak widzicie, nie spadł jej nawet włos z głowy...
      Przerwał na chwilę, by gwizdnąć na odchodzącego zbyt daleko Silvera. Wilkor wyszczerzył kły i parsknął (czy raczej prychnął), ale po chwili stał u boku swego pana.
      -Jestem Kaegan Norrey z Winterfell, pan na Winterfray, a jak brzmi wasza godność?-spytał, chcąc się upewnić, przed kim stoi i na czym stoi. W razie czego pozostawiłby kobietę pod opieką przybysza, dla pewności odeskortowałby ją aż pod bramy dworu, a później ruszyłby w podróż - tym szybszą, że nie ograniczaną względami dla szlachetnej damy, której jednak nie wypada narzucać morderczego tempa dobrego dla mężczyzny.

      Kaegan

      Usuń
  8. Nie miała pojęcia, jak długo to trwało. Wydawało jej się, że to tylko sen… paskudny koszmar, z którego zaraz się przebudzi i odkryje, że nadal znajduje się bezpieczna za wysokimi murami swego domu. Niestety, im więcej krwi widziała, im więcej rozpaczliwych wrzasków rannych oraz chrzęszczących uderzeń miecza dochodziły do jej uszu, tym mniejszą miała nadzieję na rychłe wybudzenie. Napastnicy atakowali ich niemal ze zwierzęcą zaciekłością, nie przejmując się stratami jakie ponosili, gdy rozbijali się o zbrojnych niczym wzburzone morskie fale o skały. Arwen widziała w ich ciemnych oczach czystą nienawiść. Napinali mięśnie i niemal natychmiast rzucali się na swoich przeciwników, pragnąć zadać im jak najdotkliwsze rany. Być może zależało im na dobrach, które ze sobą wieźli – na solidnej broni, na drobnych kosztownościach, na niezwykle cennych koniach… Ale nie mogła oprzeć się wrażeniu, że przelewanie krwi niewinnych ludzi sprawiało im równie dużo satysfakcji, co wzbogacenie się o kilka dobrych mieczy… a może i nawet większą. Żałowała, że nie mogła nic zrobić. Żałowała, że była taka bezradna… nienawidziła tego uczucia. Nie miała szans przeciwstawić się rozkazom Gerolda, i szczerze mówiąc, nawet nie zamierzała próbować. Wiedziała, że jej najwierniejszy towarzysz zrobi wszystko, aby jakoś ją uratować… i pewnie dlatego nie potrafiła usiedzieć spokojnie w siodle, nie potrafiąc wyobrazić sobie poświęcenia starego rycerza. Nie, nikt nie powinien dzisiaj ginąć, pomyślała rozżalona, czując narastającą frustrację. Gdyby mogła, sama chwyciłaby za miecz – ale po pierwsze, nikt nie uczył jej walki, uznając że nie jest jej to potrzebne, a po drugie, gdyby Gerold to zobaczył, zaraz wyrwałby jej broń i z powrotem wepchnął do kordonu. Dlatego mogła jedynie siedzieć i przyglądać się bezczynnie, jak inni przelewają krew, walcząc z dziką hordą napastników. Z każdą minutą robiło się coraz gorzej, coraz niebezpieczniej. Tracili siły i ludzi, a ich przeciwnicy nadal nie odpuszczali. Gdy zaatakowano ją po raz drugi, pomyślała że za trzecim razem nie będzie mieć już tyle szczęścia… Jednak bogowie okazali się niezwykle łaskawi. Myślała, że nie mają już szans i w tej samej chwili pojawił się dodatkowy oddział zbrojnych, odzianych w jasne, charakterystyczne barwy jej rodu. Gdy już zrozumiała, że zjawili się tutaj, aby ich wspomóc, na początku pomyślała, że to żołnierze stacjonujący na co dzień w Krwawych Bramach. Dopiero po paru uderzeniach serca spostrzegła, że to wcale nie byli anonimowy zbrojni. Zacisnęła mocniej palce na skórzanych lejcach, przekonana, że znów ma przewidzenia… ale nie. To naprawdę byli oni. To z pewnością był On. Westchnęła zdumiona, czując stopniowo narastający ucisk w skroniach. Ten trudny i mozolny dzień nie mógłby ją bardziej zaskoczyć… ale przynajmniej Gerold i pozostali zbrojni nabrali wiatru w skrzydła. Dopadli przeciwników z nową siłą i zakleszczyli w krzyżowym uścisku. Górscy napastnicy nie spodziewali się dodatkowych posiłków, dlatego po niedługim czasie zaczęli się stopniowo wycofywać, aż w końcu rozpierzchli się dookoła, ratując przed przebiciem ostrym mieczem lub włócznią. Arwen odetchnęła z nieskrywaną ulgą, widząc jak ostatni z górali rozpływają się w ciemnościach… nie miała jednak żadnych złudzeń – nie wszyscy wyszli z tego cało i trudno było uznać to za zwycięstwo. Odegnali poważne zagrożenie, to wszystko. A teraz powinni pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebowali. Wodziła wzrokiem po twarzach mijających ją zbrojnych, niemal stając w strzemionach, aby wypatrzyć tą jedną konkretną… i właśnie wtedy pojawił się przy niej ser Kaegan. Udało jej się zdobyć na blady, choć szczery uśmiech, gdy dostrzegła że nie odniósł on poważniejszego uszczerbku na zdrowiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ser, i ja się cieszę, że jesteś cały… — odpowiedziała, jednak nim zdążyła dodać coś więcej, tuż obok nich pojawił się jasnowłosy mężczyzna, za którym to wcześniej starała się wodzić wzrokiem, co skutecznie utrudniała jej zarówno bitewna zawierucha jak i rosła postawa otaczających ją ciasno żołnierzy. Teraz jednak bez wahania wbiła w niego swe jasne spojrzenie, nie do końca słysząc co i jak mówił stojący tuż obok jej klaczy ser Norrey. Uśmiechnęła się ponownie – trochę zmęczona, nadal poruszona, choć w jej oczach zalśniła wyraźna radość wymieszana z nieskrywanym poczuciem ulgi — Długo kazałeś na siebie czekać... — powiedziała cicho, choć była dziwnie spokojna, że i tak zdołał ją usłyszeć, a już tym bardziej dostrzec w jej spojrzeniu nutkę przekory, którą trzymała na wodzy te wszystkie negatywne emocje, jakie towarzyszyły jej od chwili napaści na ich kordon. Nie mogła już dłużej usiedzieć w siodle, więc nie czekając już na niczyje pozwolenie, zaczęła schodzić z konia.

      Arwen Waynwood

      Usuń
  9. Nie dopuścił do siebie myśli że mogliby przegrać – ani na chwilę, choćby jedno szaleńcze uderzenie serca nie zwątpił w to, że muszą odeprzeć atak górali. Raz jeszcze stal uderzyła o siebie, a zaskoczeni członkowie klanu szybko pojęli, że choć zaledwie minuty temu byli bliscy zwycięstwa, teraz szala przechyliła się na drugą stronę. Mimo wielogodzinnej jazdy, każdy z rycerzy Doliny równie zażarcie rzucił się w wir walki, gotów oddać życie broniąc swej pani, zaatakowanej w niegodziwej zasadzce. Krew płynęła obficie, wsiąkając w ziemię pod ich stopami, ale brutalna potyczka zdawała się nie mieć końca. Musiało jeszcze wielu oddać życie, nim piesi napastnicy z gór rozpierzchli się, biegnąc w stronę stromych stoków, gdzie jazda miała ich nie dosięgnąć. Zaledwie paru zdołało umknąć, a pozostali z nich leżeli bez ducha, pokiereszowani ale z wciąż zastygłym na twarzach grymasem wściekłości i nienawiści. Ci, którzy jeszcze bluzgali pod ich adresem, szybko skończyli z przegryzionymi gardłami lub mieczami wbitymi w klatkę piersiową. Nie miał wątpliwości, że jego ludzie dobijali rannych z wyjątkową satysfakcją… Zwłaszcza, że polegli nie tylko górale, nawet jeżeli to ich zwłoki głównie wyściełały podłoże – rozpoznawał wśród zabitych znanych sobie rycerzy z Księżycowych Bram, których Arwen zabrała ze sobą, by tworzyli jej eskortę. I dopiero wtedy tak naprawdę miał chwilę by dojrzeć cóż to za wilk tak walczył u ich boku, dobrze wiedząc kogo powinien atakować. Wilk…? Nie, zwierzę które właśnie maltretowało rannego górala, wyciskając z niego resztki życia, było zbyt wielkie jak na wilka. Ale pomyśli o tym za chwilę… Bo właśnie pomiędzy rosłymi sylwetkami rycerzy dojrzał bladą twarzyczkę swojej żony, wpatrującą się w niego równie intensywnie. Oddał lejce swojego wierzchowca jednemu z towarzyszy, bez chwili zawahania idąc w jej stronę. I tylko widok obcego mężczyzny podchodzącego do niej wcześniej, nieco wytrącił go z równowagi, każąc się zastanowić kim był ów jegomość. Na odpowiedź na to pytanie nie musiał długo czekać, bowiem sam zainteresowany pośpieszył z wyjaśnieniami, w bardzo oficjalnych słowach przedstawiając się i dziękując za przybycie akurat w czas. Denys najpierw skinął lekko głową, słuchając tego co ser Norrey miał mu do powiedzenia, jednak ani na chwilę nie zatrzymywał się. W innych okolicznościach zachowałby więcej ogłady, ale w tamtej konkretnej chwili liczyło się dla niego tylko jedno… Po tym jak serce mu zamarło na widok żony atakowanej przez górali, najpierw pragnął przywitać się z nią, choćby skromnie i krótko. Stanął dopiero przed wierzchowcem Arwen, a jego oczy błysnęły ciepło, jakby w odpowiedzi na jej ciche słowa, które oczywiście usłyszał – wyciągnął przed siebie rękę, unosząc ją i chwytając dłoń ciemnowłosej kobiety. Nie zauważając całego zamieszania wokół nich, gdy rycerze opatrywali swe rany i pomagali towarzyszą, a gość z Północy wciąż czekał na jego odpowiedź, nie odrywał spojrzenia od twarzy swej żony, przyciskając jej palce do swych ust w czułym geście. Zaledwie parę sekund, ale pozwoliło mu się to uspokoić. Puścił jej rękę, ale tylko na chwilę, po to by odwrócić się w stronę nieznajomego.
    — Denys Arryn, Kasztelan Księżycowych Bram — odparł krótko, ujawniając swą tożsamość, choć była ona chyba oczywista od momentu gdy zignorował wszystko wokół i podszedł do Arwen, śmiało pozwalając sobie na podobną zażyłość. — Dziękuję za pomoc przy ochronieniu mojej żony — dodał, raz jeszcze skinąwszy jasną głową. Nie wątpił, że gdyby nie udział przybyszów z Północy, górale mogliby łatwiej zyskać przewagę i sforsować szyki zbrojnych tworzących orszak jego żony, a wtedy być może nie zdążyliby na czas. Kątem oka dostrzegł Gerolda, który teraz w imieniu Denysa rozporządzał pozostałymi zbrojnymi, dyktując co mają robić i jak organizować powrót do bezpiecznej twierdzy. Jemu również musiał podziękować, wiedząc że wierny opiekun bez wahania poświęciłby życie dla Arwen i to zapewne jego doświadczenie pozwoliło uniknąć katastrofy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czując poruszenie za swoimi plecami, domyślił się, że lady Arryn najwyraźniej ani myśli grzecznie usiedzieć w siodle. Mimo wielu targających nim emocji, akurat w tej kwestii nie zamierzał się rządzić i odwrócił się raz jeszcze w jej stronę, wyciągając ramiona by pochwycić ją w talii i pociągnąć do siebie, tak że zaraz zsunęła się w jego ramiona, bezpiecznie i miękko zsiadając z wierzchowca. Jeszcze jedno długie, czułe spojrzenie i obejmując ją w talii jedną ręką, ponownie zwrócił się w kierunku Norrey’a.
      — Nie możemy tu nocować, niedobitki czają się wśród gór. Za chwilę podejmę z ser Geroldem decyzję czy wracamy do Księżycowych Bram czy do Krwawej Bramy. Niezależnie od tego, co ustalimy, możesz nam towarzyszyć, ser — zaoferował, domyślając się, że Kaegan raczej nie odmówi, przynajmniej jeżeli miał trochę rozsądku. Dalsza podróż po tym trakcie byłaby dla niego niebezpieczna, niezależnie od tego czy miał u swego boku tak potężne zwierzę. Nie wiadomo ilu dokładnie skryło się po walce, a w dodatku jego koń nie był przyzwyczajony do takich traktów, zwłaszcza nocą.

      Denys

      Usuń
  10. Rycerz skłonił się raz jeszcze, po czym dosiadł swojego konia. Krzyknął ostro na zbrojnych, których dosłał mu wcześniej w trakcie podróży rozważny Callith, sądząc, że ostrożność ta nigdy nie zaszkodzi (będzie mu musiał podziękować za to w Winterfray, gdy to wszystko się skończy), a ci natychmiast sformowali odpowiedni szyk. Obserwowali ludzi kasztelana uważnie, ale i z rodzajem chłodnego respektu; dumni, nieprzywykli do uginania karków ludzie Północy gotowi byli jednak do okazania szacunku tym, którzy im pomogli. Zmarszczył brwi w namyśle, słuchając słów kasztelana, ale chwilowo nic nie powiedział. Gwizdnął na Silvera. Olbrzymi wilkor, kończący właśnie swoje bardzo przyjemne zajęcie, z niechęcią oderwał się od ogryzanego trupa i stanął przy koniu Kaegana. Dyszał ciężko, a jego sierść lepiła się od ciepłej jeszcze krwi, nie wyglądał jednak na rannego. Po krótkiej chwili milczenia Norrey rzucił okiem na sytuację, przyjrzał się jeszcze raz Arwen i Denysowi, by wreszcie wyrzec swoje zdanie:
    -Jeżeli wolno mi coś zaproponować, panie, ruszajmy do Krwawej Bramy. Przy takiej liczebności i zachowaniu wszelkich środków bezpieczeństwa zdołamy tam dotrzeć dość szybko, tym bardziej że pani wspomniała o jakichś sprawach na miejscu, a rozdzielanie się to zguba. Śmiałbym też spostrzec, że powinniśmy natychmiast opuścić to miejsce, nim Wrony ściągną jakichś...-tu uśmiechnął się sarkastycznie-bardzo przyjemnych przyjaciół. W Krwawych Bramach wypoczniemy i tam będę miał zaszczyt was pożegnać, gdyż stamtąd muszę ruszyć w drogę powrotną do Wolfswood.
    To rzekłszy, dosiadł konia z powrotem. Spojrzał wyczekująco na swoich ludzi. Ci kiwnęli głowami, informując go tym samym, że są gotowi do drogi. Czekali tylko na decyzję kasztelana co do marszruty, jaką mieliby podążać, a chwilowo karmili konie z ręki, nie chcąc zaniedbywać swych szlachetnych czworonogów. Silver poszczekiwał od czasu do czasu, merdając radośnie ogonem i zdając się być całkowicie zadowolonym z życia. Skrwawione, skłębione w bezładzie trupy leżały nieruchomo na ziemi, jakby pogodzone z tym, co się wydarzyło. Wszystko...było dość spokojne. Ciche. Jakbby cały ten napad, walka, rzeź i krew nie miały miejsca.

    Kaegan

    OdpowiedzUsuń
  11. Arwen z przyjemnością skorzystała z pomocy Denysa, zsuwając mu się prosto w ramiona. Nie zamierzała ukrywać, że widok jej ukochanego męża, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach, stanowił dla niej ogromną ulgę. Oczywiście starała się nie dać tego po sobie poznać, ponieważ nie lubiła obnosić się ze swoimi uczuciami… jednak ciepłe objęcia Denysa sprawiły, że o wiele pewniej stanęła na nogach, powoli zaciskając smukłe palce na jego ramionach. Wokół słyszała jeszcze głośne jęki rannych, wymieszane z nerwowym nawoływaniem pozostałych zbrojnych oraz rżeniem spłoszonych koni. Chciała zobaczyć, czy mogłaby jakoś pomóc… aczkolwiek miała wrażenie, że jej nagła obecność na niewiele by się zdała. Dlatego ostatecznie nie ruszyła się z miejsca, nie wprowadzając dodatkowego zamieszania. Zdrowi żołnierze zdawali się doskonale wiedzieć, jak powinni postępować, a i Denys objął ją na tyle mocno, iż praktycznie ograniczył jej potencjalne pole do manewru. Odetchnęła głęboko, starając się skupić na toczącej się tuż obok niej rozmowie. Z pewnością nie chciałaby tu zostawać na noc… choć gdyby sytuacja tego od nich wymagała (na przykład ze względu na ciężki stan rannych), nie wyraziłaby ani jednego słowa sprzeciwu. Nie bała się spać pod gołym niebem. Rozumiała, że wokół nich nadal było niebezpiecznie, ale jeśli nie mieliby innego wyjścia, to cóż mogliby na to poradzić? Cieszyła się jednak w duchu, że zarówno Denys jak i ser Norrey zgodnie stwierdzili, że powinni stąd jak najszybciej odjechać. Może lepiej nie kusić losu… zwłaszcza, że do tej pory, Arwen uważała odcinek pomiędzy Księżycowymi a Krwawymi Bramami za jeden z bezpieczniejszych w Dolinie. Wcześniej nie słyszała, aby górskie klany zastawiały tu swoje sidła. Niestety, po dzisiejszym zajściu musiała zrewidować swoje poglądy. Gdzieś obok mignęła jej rosła sylwetka Gerolda. Akurat pomagał jednemu z rannych w nogę żołnierzy wsiąść na konia. Uśmiechnęła się nieznacznie, posyłając w jego stronę wymowne spojrzenie. Wychwycił je w mgnieniu oka… i prychnął z politowaniem. Tak właśnie reagował, gdy Arwen starała się mu okazać swoją wdzięczność lub troskę. W końcu też mógł zginąć… Niemniej jednak, Gerold zdawał się być niezniszczalny, co ogromnie ją cieszyło i uspokajało jednocześnie. Nie mówiąc już nic więcej, spojrzała ponownie na ściągniętą twarz swojego męża. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest zmęczona i zmarznięta. Zazdrościła futrzastemu towarzyszowi Kaegana, że nie musiał się przejmować górskim chłodem. Wielki wilkor był niemal cały we krwi i dopiero co skończył żywić się na jednym z zabitych górali. Arwen nie była przesadnie wrażliwa, jednak widok jego obryzganej posoką paszczy sprawił, że lekko się wzdrygnęła.
    — Jedźmy tam, gdzie mamy bliżej… — zasugerowała rozważnie, zaskakująco spokojnie, jak na osobę, która zaledwie parę chwil temu była o włos od okrutnej śmierci… lub jeszcze gorszego losu — Ranni żołnierze potrzebują jak najszybszej pomocy i dobrej opieki — dodała, najpierw spoglądając na ser Norreya, a następnie na stojącego obok niej Denysa. Oczywiście nie zamierzała się z nimi kłócić. To nie ona podejmowała tu decyzję. Najpewniej nawet Gerold, jej przyboczny, miałby teraz więcej do powiedzenia, niż ona sama. Ale to nie było w tej chwili ważne. Zależało jej na dotarciu do miejsca, gdzie każdy z nich znalazłby dla siebie ciepły i bezpieczny kąt. Szczególnie ci, którzy ucierpieli w krwawym pojedynku z góralami. Gdyby nie oni, mogłoby jej tu już nie być.

    Arwen Waynwood

    OdpowiedzUsuń
  12. Pozwolił sobie na parę ulotnych chwil rozkojarzenia, w pierwszej kolejności będąc mężem, a dopiero potem kasztelanem i rycerzem. Nie zwracając uwagi na krzątających się wokół zbrojnych, zamknął Arwen w swoich objęciach, czując jak powoli ulatuje z niego napięcie. Co prawda wciąż nie byli bezpieczni i nawet na moment o tym nie zapomniał, mogąc się tylko domyślać ilu zbiegłych kryło się w górach, ale potrzebował na moment poczuć ciepło jej drżącego ciała. Z pewnym ociąganiem odsunął się na tyle, by jedynie obejmować ją w talii i rozejrzeć się dokoła. Wysłuchał opinii Kaegana, nie zdradzając się ani pojedynczym gestem czy grymasem co o niej sądzi, jedynie skinieniem dając znać, że usłyszał i weźmie to pod uwagę, po czym odwrócił spojrzenie, oceniając stan rycerzy. Większość stała prosto, nie krzywiąc się i nie stękając z bólu, ale niestety byli i tacy, którzy potrzebowali pomocy medyków. Rycerze, którzy towarzyszyli zarówno jemu, jak i jego żonie, byli zaprawieni w bojach i wiedzieli sporo o niesieniu pierwszej pomocy swoim kompanom. Denys był jednak świadom, że pośpieszne zatamowanie krwawienia średnio czystym kawałkiem materiału czy też inne prowizoryczne metody, jedyne dostępne w tym momencie, nie były wystarczające. Nie chciał by ktokolwiek z tych dzielnych rycerzy, którzy właśnie przelali tu krew, dołączyli do grona poległych. Wiedział przy tym również, że choć Krwawa Brama była bliżej, to nie znajdą tam maestra, a jedynie po prostu lepsze warunki i schronienie za grubymi murami. Gdyby chodziło tylko o niego, nie wahałby się ani chwili, zarządzając natychmiastowy wymarsz do Księżycowych Bram; dom był ogromną twierdzą, wypełnioną zbrojnymi i wszelkimi udogodnieniami, których potrzebowali. Miał też w perspektywie, że nawet jeżeli się wrócą, to i tak w następnych dniach będą musieli znów pokonać ten szlak. Westchnął cicho, a tylko sztywna sylwetka i zacięte spojrzenie wskazywały, że pośpiesznie analizuje sytuację, nie mając zbyt wiele czasu na podjęcie decyzji. Drgnął lekko, słysząc wypowiedziane przy swoim uchu słowa. Sam zdążył z niechęcią przyznać, że to najlepsze rozwiązanie, więc przynajmniej obędzie się bez niepotrzebnego rozdzielania. Poza tym jeszcze przed wyjazdem zdążył prosić by na wszelki wypadek tej nocy byli przygotowani na ich przyjazd, więc nie zaskoczą nikogo w Krwawej Bramie.
    — Wsiądź na konia, ja jeszcze muszę pomówić z Geroldem i zaraz wyruszamy — powiedział cicho i czule pocałował w skroń swoją żonę, podsuwając jej dłoń, by mogła wspiąć się na wierzchowca. Sam oddalił się tylko na chwilę, rozmawiając krótko z dowódcą jej orszaku i wyjaśniając swoją decyzję. Obaj panowie na przestrzeni lat nauczyli się ze sobą współpracować, choć Denys dobrze pamiętał, jak stary rycerz (oberwałoby mu się za nazwanie go tak choćby w myślach!) podejrzliwie na niego patrzył krótko po zaślubinach z Arwen. Teraz śmiało powierzył mu przygotowanie do drogi pozostałych zbrojnych, choć większość już właściwie stała przy swoich koniach, czekając na rozkazy. Chciał jednak jeszcze przed wymarszem zrobić jedną rzecz… Sięgnął do zapakowanych przy siodle rzeczy, grzebiąc w tobołach i wyciągając z jednego z nich ciepły, nieco drapiący koc. Podróżując niejednokrotnie nocowali w warunkach w których musieli się dodatkowo ogrzać, choćby i sypiając przy ognisku pod gołym niebem. Tym razem nie myślał jednak o swoich wygodach, ale podszedł do siedzącej na koniu żony, zamaszystym ruchem rozprostowując koc i narzucając na jej ramiona. Co prawda musiała go poprawić i szczelniej się okryć, ale przynajmniej nie zmarznie. Ostatni uśmiech, sprawdzenie czy wszyscy są gotowi i… Mogli ruszać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Żałuję, że poznajemy się w takich okolicznościach, ser — zwrócił się do Norrey’a. Tempo w jakim będą podróżowali nie mogło być zbyt szybkie zarówno przez obecność kobiety, jak i stan zdrowia rannych oraz zmęczenie koni. Był więc to doskonały moment na zamienienie paru słów, bo nie miał wcześniej okazji spotkać przybysza z dalekich krańców Północy. Trakt, którym podróżowali, choć nie był zbyt wygodny, to jednak wystarczająco szeroki by mógł jechać koło swojej żony, jednocześnie będąc dość blisko Kaegana, by móc swobodnie z nim rozmawiać. A nurtowało go parę kwestii… — Nie chcę być zbyt bezpośredni, ale w tych okolicznościach chyba nie ma większego sensu silić się na zawoalowane uprzejmości. Zdecydowałeś się na daleką podróż, ser, był ku temu jakiś szczególny powód? — spytał. Zazwyczaj wiedział o wszelkich spotkaniach Jona Arryna z możnymi, będąc zaufanym doradcą lorda Doliny, ale ta wizyta nie była w planach, więc coś musiało się zdarzyć…

      Denys

      Usuń